Recenzje
Łabędzi śpiew, czyli wiele hałasu o nic.
Kiedy Terrence Malick po blisko 20-letniej przerwie nakręcił wybitną Cienką czerwoną linię wielu z krytyków i widzów była mocno zawiedziona. Taka przerwa zwiastować powinna dzieło idealne, co według niektórych nie zostało spełnione. Kiedy Cameron po 12 latach nakręcił dobrego Avatara, film z miejsca stał się wielkim filmem pod każdym względem. Niestety niezasłużenie, bo nowy film reżysera Titanica to żadne arcydzieło! To film solidny, ale nie wybitny. Cała masa ludzi nabrała się na niesamowicie dobrze wykalkulowany chwyt marketingowy. Spirala zainteresowania była tak mądrze nakręcana, że film odniósł niebagatelny sukces, pomimo tego, że jest znacznie więcej lepszych filmów.
Moja recenzja mogłaby się zakończyć na wymienieniu kilkudziesięciu innych tytułów, z których James Cameron ściągnął różne pomysły, posklejał w całość i zrobił z tego wielką, filmową hybrydę. Nie oszukujmy się. To co zobaczyliśmy w Avatarze było już w kinie wiele razy. Może młodsza widownia tego nie zauważy, ale obeznani w temacie kinomani na pewno. Mordowanie Indian w Ameryce, historia rodem z Pocahontas, coś z Władcy Pierścieni. Pod tym względem Avatar jest filmem błahym i mało ciekawym.
Dochodzę także do pewnego wniosku, że realizacja tego filmu wyprzedza sam film. Widziałem jak obraz ten był kręcony i to naprawdę zrobiło na mnie wrażenie. To co zobaczyłem na ekranie, już nie tak bardzo. Efekty specjalne robią wrażenie, ale pod żadnym względem nie są nowatorskie. Na'vi są bowiem stworzone na wzór Golluma. Cała planeta Pandora to zwykła dżungla, do której dodano kilka efektownych kolorów i niezwykłych stworzeń, co samo w sobie nie jest pomysłem genialnym. To samo stworzył Peter Jackson w King Kongu. Rozmach robi wrażenie, ale jest to przysłowiowy łabędzi śpiew, bo w czasie tych 12 lat można było wymyślić naprawdę coś znacznie lepszego.
Fabuła filmu zawiera wprawdzie w sobie ważne tematy, ale całość ani nie poucza, ani nie wzrusza. Film ogląda się przyjemnie. 2,5 godziny mijają bardzo szybko. Avatar to wielkie wydarzenie, które jako sam film nie zasługuje na te wszystkie zachwyty, a już na pewno nie na miano najbardziej dochodowego filmu wszechczasów. To prosta opowieść opakowana w niezwykle efektowne opakowanie. Jakby bobas kierował Ferrari. Efekty specjalne są wyśmienite, choć w pewnych momentach ich natężenie jest przesadzone. Całość stworzona w komputerze na tle green screenu, to sztuczka stara jak świat, która spycha niestety w otchłań zdjęcia kręcone w plenerze, co w tym filmie widać w szczególności.
Konkluzja mojej recenzji jest taka, że Cameron nigdy wybitny reżyserem nie będzie. Jego następny film nie okaże się takim wielkim sukcesem, bo ludzie w końcu przejrzą na oczy, że sława Avatara znacznie wyprzedza jego jakość. Jak dla mnie nowy obraz Camerona jest filmem podrzędnym, w porównaniu z tym, co stworzył Jackson we Władcy Pierścieni. Wiele hałasu o nic. Szkoda tylko, że cierpią na tym filmy świeże i po prostu lepsze.
Świat, który żyje, zwie się Pandora.
James Cameron powrócił po dwunastu latach na wielki ekran. O Avatarze pisano już dużo podczas jego realizacji, kampania reklamowa była gigantyczna, a do sieci w sumie nie wyciekło nic przed premierą oficjalnych zwiastunów. Sam reżyser powiedział, że zrobił film, który pokona jego dotychczasowe arcydzieło, czyli Titanica. Słowa zuchwałe, bo jak wiadomo, Titanic ma wręcz astronomiczne zarobki na koncie. Czy rzeczywiście mu się to udało? Czy faktycznie nastała nowa rewolucja w technice kręcenia filmów? A najważniejsze, czy pokona dotychczasowego czempiona, który od ponad dekady stoi twardo na podium? Ciężko odpowiedzieć w sumie na te trzy pytania, poza jednym – Avatar to naprawdę nowa wizja kina.
Jednak pójdźmy po kolei, zagłębiając się w magiczny świat Camerona, zwany Pandorą. Od pierwszej sceny zachwyciły mnie pejzaże Pandory. Niby wiedziałem, że to stworzył komputer, niby widziałem zwiastuny, ale mimo to zbierałem szczękę z ziemi, na widok gigantycznej dżungli, jaka nagle się przede mną rozpostarła. Takiego efektu jeszcze nigdy w kinie nie widziałem. Po prostu wszystko to, co rozpościerało się przed mymi oczyma było żywe. Każde drzewo, kwiat, ptak czy jaszczurka miały w sobie życie. Jakby naprawdę istniały. Wszystko to natychmiast spotęgował, niewyobrażalnie mocno, efekt 3D. Miałem ochotę, a raczej starałem się dotknąć tego, co było przede mną. Zajrzeć pod jakiś wystający kamień, dotknąć czyjejś ręki, odgarnąć zasłaniające mi liście. Gdyby na sali kinowej był przeciąg, to chyba uznałbym go za wiatr i naprawdę uwierzyłbym, że jestem na Pandorze. Efekty wizualne, a zwłaszcza ich trójwymiarowość, to mistrzostwo. Cameron pokazał nam prawdziwą rewolucję w tej materii. Całkowicie nowa wizja techniki komputerowej oraz efektów specjalnych. O obrazie 3D już nie wspomnę, bo dla mnie tak naprawdę dopiero dzięki Avatarowi ten efekt faktycznie się narodził. Po raz pierwszy nie tylko żyłem światem, który widziałem, ja wręcz żyłem w tym świecie. On mnie otaczał. Coś niesamowitego.
Jeśli idzie o Na’vi, czyli owych błękitnych tubylców, Pandory, to jedna rzecz przykuła moją uwagę od razu. Oczy – żywe, pełne charakteru i uczuć. Po prostu miały duszę. Zresztą jak każde komputerowo wygenerowane stworzenie w Avatarze. Postarano się, aby wszystkie te fantastyczne zwierzęta, zamieszkujące ów baśniowy świat, stały się dla widza niemal realne. Widać wyraźnie, iż dużo pracy włożono w ich anatomię. Nie były kopiami, ziemskich stworzeń, były czymś zupełnie nowym, odmiennym, a jednocześnie nie pozbawionym sensu w budowie. Kończąc wywód nad światem Pandory, trzeba zwrócić uwagę na pewną bardzo istotną rzecz. Mianowicie dżungla zupełnie inaczej prezentuje się za dnia, niż w nocy. Gdy świeci słońce, widzimy majestatyczny las, potężne drzewa, wspaniałe góry, wszystko skąpane w oceanie zieleni. Jednak, gdy tylko nastanie ciemność, cały las zamienia się w kakofonię luminescencyjnych barw, oślepiających aż swym blaskiem. Kwiaty błyszczą różnymi kolorami, mchy i porosty okrywające gałęzie drzew zaczynają tlić się zielonkawą poświatą, która wręcz promieniuje, gdy bohaterowie dotkną roślin. Po prostu coś oszałamiającego. W tym momencie, Pandora już całkowicie wsysa widza do swego świata.
Kolejnym, wręcz monstrualnym plusem i krokiem milowym w tej dziedzinie, są bitwy. To co jest zaprezentowane w zwiastunach, to wręcz kropla w morzu. Co prawda nie mamy w samym filmie jakiś wyjątkowo długich bitew, czy natłoku potyczek, jednak to co prezentuje Cameron, wgniata w fotel. Zwinne śmigłowce, przemykają pomiędzy zawieszonymi w powietrzu skałami. Gigantyczne bombowce, błyszczą w promieniach słońca, zaś stalowe mechy bojowe, aż rażą swą siłą. Co lepsze, gdy widzimy to wszystko, jesteśmy w wielu momentach przekonani, że to prawdziwe maszyny. Natomiast podczas walk gdy pociski smugowe latają we wszystkie strony, to widz nieraz chce schować się za fotel, aby uniknąć serii. Czegoś takiego dotąd w kinie nie było.
Następnym plusem jest gra aktorska. Nie mam tu tylko na myśli aktorów grających ludzi w filmie, ale przede wszystkim chodzi mi o tych co wcielili się w postacie Na’vi. Było to niesłychanie trudne, ale wszyscy co do jednego zasłużyli na oklaski. Szczególnie zaś tutaj wiwaty nalezą się Zoe Saldana, która wcieliła się w osobę Neytiri – księżniczki plemienia Na’vi, z którym styka się nasz główny bohater. Stworzyła ona wręcz doskonały duet z Samem Worthingtonem, grającym postać Jake'a Sull'ego. Oboje mieli bardzo trudne zadanie, ale wywiązali sięi z niego kapitalnie. Zaraz koło nich wyrastała wyraźnie inna postać, pułkownika Quaritcha, którą odegrał Stephen Lang. Zrobił to równie doskonale, ukazując nam twardego, opanowanego i bardzo chłodno kalkującego dowódcę, który postawił sobie za cel wykończenie rdzennych mieszkańców Pandory, jeśli wejdą mu w drogę. Gdy słyszy się jego kwestię, znaną już z zwiastunów, "Panie i Panowie, nie jesteście już w Kansas. Witajcie na Pandorze", od razu rozumie się nie tylko mocny charakter pułkownika, ale i docenia mistrzostwo Camerona.
Jednak to mistrzostwo, nie jest pozbawione maleńkiej skazy. Mianowicie tutaj wypływa na wierzch, bardzo płytki scenariusz. Z jednej strony jest to zaleta filmu, bo nie komplikuje on fabuły i pozwala się cieszyć świetnymi kreacjami oraz baśniowymi efektami komputerowymi. Z drugiej zaś strony, troszkę mnie drażnił nadmiar przesłania o podłożu ekologicznym, że mamy szanować przyrodę, troszczyć się o nią i tak dalej. Jakoś od samego początku nastawiłem się bardziej na kino czysto batalistyczne. Może stąd wynikł ten chwilowy niesmak. Jednak mimo to, pięknie wykorzystano owe hasła przyrodnicze do innego celu. Mianowicie stworzenia społeczności Na’vi, którzy żyją w harmonii z naturą. Cameron bardzo umiejętnie połączył ze sobą kulturę Indian Ameryki Północnej z elementami kultury afrykańskiej. W efekcie tego zabiegu dostaliśmy w sumie coś zupełnie nowego idealnie pasującego do kolosalnego świata Pandory. Pisząc słowo kolosalny, mam na myśli dosłowność jego znaczenia, bo na księżycu wszystko jest ogromne. Zwierzęta, rośliny, góry. Człowiek wydaje się przy tym mizerny.
Na koniec warto wspomnieć jeszcze o muzyce, która w filmie brzmi doskonale. Jednak pozbawiwszy dźwięk obrazu, dostajemy dalej bardzo dopieszczony produkt, brzmiący łagodnie, płynnie i melodyjnie. Muzyka w filmie ma dodatkowo ten gigantyczny atut, że wręcz perfekcyjnie wpasowuje się do odgłosów otoczenia. Każda nuta współgra z szmerem wody czy rykami zwierząt, albo szumem lasu. Dodaje to realizmu całemu widowisku i przy wspomnianych wcześniej atutach, po prostu zaczyna żyć własnym życiem. Gdy widz wychodzi z kina, po prostu łaknie wrócić na nowo nie tyle do sali, na której był, ale na Pandorę. Jest to absolutny ewenement w dzisiejszej kinematografii. Nie spotkałem się z czymś takim od Parku Jurajskiego gdzie byłem pewien, że widzę żywe dinozaury.
Podsumowując, Cameron po raz kolejny dowiódł swojego geniuszu. Co prawda jego dzieło ma kilka drobnych skaz, jednak wątpię, aby większość widzów na nie zwróciła uwagę. Mnie świat Camerona wessał i wiem, że już nigdy nie wypuści. Mimo tego nie jestem pewien czy reżyserowi uda się pokonać wynik kasowy Titanica. Mam jakieś takie dziwne wrażenie, że nie. Jednak na pewno prześcignął on tym razem samego siebie. Każdy, kto ma wątpliwości, niech wybierze się do kin i sam oceni. Należy tylko pamiętać, że tą produkcję da się w pełni zrozumieć oglądając w kinie i tylko w kinie, rozkoszując się 3D. Wersja analogowa, w sumie nie ma racji bytu. James Cameron dał nam nowy kierunek kina, nową wizję i świeże wyzwanie, które długo pozostanie niezdobyte. Dał nam Avatara.
You should see your faces
Pandora, wokół nas niesamowite, unoszące się w powietrzu skały. Bohaterowie filmu lecą wśród nich helikopterem. Nie mogą się nadziwić widokom. "Powinniście zobaczyć swoje miny" – mówi Trudy Chacon (świetna Michelle Rodriguez), zwracając się nie tylko do swoich towarzyszy, ale i do widzów w okularach, którzy razem z bohaterami zanurzają się w ten świat.
Napięcie rosło, w Internecie zaczęły pojawiać się zwiastuny i plakaty, użytkownicy portali filmowych wyklinali polskiego dystrybutora za opóźnioną datę premiery. Wiele osób w Polsce nerwowo wyczekuje 25 grudnia tym razem nie z powodu Świąt, ale premiery Avatara Jamesa Camerona.
Cameron okrzyknął swój film kolejną rewolucją kina, ale dając wielkie obietnice, tyle samo ryzykował. Wiedział chyba jednak, co mówi, bo Avatar nie zawodzi, a mnie (byłem dość sceptycznie nastawiony) bardzo pozytywnie zaskoczył.
Pominę kwestię fabuły i przejdę od razu do postaci. Są one stworzone wspaniale i nie mówię tu tylko o Na’vich, o których wielu już pisało w samych superlatywach, ale o praktycznie każdym bohaterze. Cameron nie boi się prostoty i posługiwania się kontrastami, więc jego postacie są bardzo wyraziste, wręcz czarno-białe. I bardzo dobrze, w tego typu filmie nie potrzebujemy pseudofilozoficzno-moralnych głębi charakterologicznych, bo są dokładnie takim samym bełkotem, jak to wyrażenie. Pułkownik Quaritch (świetna rola Stephena Langa) jest twardy, bezwzględny, wyraźnie lubi zapach napalmu o poranku i wprowadza wiele humoru do produkcji. Selfridge, którego funkcja też w dużej mierze jest humorystyczna, (zarządca bazy na Pandorze) to człowiek, którego przeraża najbardziej zły bilans kwartalny. Takich portretów kino akcji stworzyło już wiele, a świetnie wychodzi na tym każdy, kto odważy się po nie sięgnąć.
To właśnie wielka zaleta tego filmu. Cameron nie jest tu oryginalny, pomijając oczywiście technologię, nietrudno doszukać się nawiązań zarówno w fabule, jak i postaciach, czy sposobie kreowania napięcia, podniosłych lub zabawnych momentów. Tyle, że w Avatarze to zupełnie nie przeszkadza.
Główną rolę w filmie zagrał Sam Worthington. Wcielił się zarówno w swą ludzką postać, jak i za pomocą techniki motion capture przekazał swoje gesty, mimikę i ruchy swojemu Avatarowi. Ten aktor świetnie dobiera role i ma szansę stać się prawdziwą gwiazdą kina akcji (już wkrótce w zobaczymy go w Starciu Tytanów). Z kolei najlepiej w dziedzinie przekazywania duszy komputerowym stworom za pomocą motion capture, poradziła sobie Zoe Saldana, grająca Neytiri. Tej postaci trudno nie pokochać, mimo że niemal w całości stworzona jest przez komputer, to aktorka przekazała jej to, co najważniejsze – emocje.
Cameron wreszcie zerwał z myśleniem wielu reżyserów: efekty specjalne = fajerwerki. Zarówno 3D, jak CGI w kreacji fauny i flory pełni tu funkcje stworzenia świata, który wydaje się, jak prawdziwy. 3D to nie odcięta ręka lecąca prosto na nas, czy myszka zasuwająca a deskorolce wprost na widzów, tylko po prostu prawdziwy trójwymiar. Przyzwyczajony do popisowych trików twórców trójwymiarowych filmów na początku Avatara zsuwałem okulary, sprawdzając, czy to jest 3D.
Można by się jeszcze długo rozpisywać o wspaniałej muzyce, pandorskich pejzażach,w których nie brak dzikich stworów (również niesamowita animacja), ale chyba najważniejszym osiągnięciem Avatara i faktycznie tą rewolucją, o której mówił Cameron jest to, że widz zanurza się w tym świecie. To uczucie, jak po przeczytaniu wspaniałej książki, kiedy żal jest rozstawać się z jej bohaterami i światem. Fabuła, o której pisać nie chcę, bo najlepiej poznać ją w kinie, uzupełniona jest ciekawymi rytuałami Na’vi. Niektóre z nich przypominają do złudzenia zachowania rdzennych mieszkańców Ameryki, co jeszcze bardziej jednoczy i urealnia wizję tego świata. Gdy po powrocie do domu obejrzałem zwiastun, posłuchałem muzyki, poczułem wielką chęć zobaczenia tego widowiska jeszcze raz. Mam nadzieję, że niedługo zapadnie decyzja o sequelu tego filmu. Chętnie bym wrócił na Pandorę, chętnie jeszcze raz spotkał bym Jakesully’ego i Neytiri.
Nowa magia kina. Największa przygoda od lat!
Jadąc na pokaz prasowy do Imaxa 3-D na Avatara, miałem mieszane odczucia. Z jednej strony nadzieja, że film spełni oczekiwania i cały ten szum okaże się prawdą, lecz była także i obawa. Zwiastun obniżył moje oczekiwania co do rewolucji wizualnej, ale okazało się, że to nawet nie był zalążek tego, co zobaczyłem w kinie i co mi zaparło dech w piersi.
Obraz od pierwszych sekund przenosi nas w inny, magiczny świat. Pierwsze sceny tak niesamowite, tak doskonałe, aż nie wierzyłem, że może to być prawda. W skrócie poznajemy historię Jake'a Scully'ego granego przez Sama Worthingtona, który chwilę później pojawia się na Pandorze. Na początku wypatrywałem komputera, szukałem błędu, szukałem tego, co widziałem w zwiastunach – niedopracowanej animacji, czegokolwiek, co udowodniłoby mi, że nie jest to rewolucja tak głośno zapowiadana od miesięcy, potem w końcu następuje scena przejścia do Avatara i tutaj mnie olśniło.
W moim odczuciu, w chwili przejścia, widz zostaje też przeniesiony na Pandorę. To już nie jest kino, to jest prawdziwa magia. Postacie Avatarów czy Na`Vi są doskonałe. Ich animacja, dopracowana, ruchy mięśni i przede wszystkim emocje na twarzy, mimika to arcydzieło. Kropką nad I były oczy, jedyna rzecz, granica, którą nikt nie potrafił przejść, by wrażenie "animacja – realność" zatarła się raz na zawsze. Tutaj nie ma tej granicy – ich oczy mają duszę, wyrażają każdego rodzaju emocje – po chwili zapominamy, że te duże, niebieskie, kotowate stworzenia są wytworem komputera – postrzeganie widza akceptuje ich realność, zaczyna się nawet z nimi identyfikować, a co najważniejsza zależy nam na ich losie. Od pierwszego wejścia do dżungli, James Cameron zabiera nas na wycieczkę z kamerą na odległą Pandorę. Parafrazując jednego z bohaterów, można powiedzieć "Panie i Panowie, nie jesteśmy już w kinie, witajcie na Pandorze". Wrażenie "podróży" przez dżunglę, gdzie wszystko żyje, oddycha, flora i fauna otacza nas ze wszystkich stron, jest kolejnym dowodem arcydzieła i mistrzostwa Camerona. Pierwsze moje wrażenie, to odgarnę ręką paprotki, bo mi wystają z ekranu i nie widzę wszystkiego idealnie. Doskonałość, realizm, poczułem się jak innym świecie, uwierzyłem w jego istnienie. I tak już do końca, przez prawie 3 godziny seansu, mamy podróż, największą przygodę kina, która sprawia, że wychodzimy oszołomieni. Plenery Pandory, "wiszące góry", zwierzęta jak Ikrany czy Thanator, rośliny wszelkiego rodzaju – to wszystko i więcej poznajemy, gdy poznaje to wszystko nasz bohater. I co najważniejsze, efekty 3-D nie są "chamskie" jak było to dotychczas, czyli wklejanie bajerów wystających z ekranu. Tutaj jest to wyważone i przemyślane. To jest pierwszy, prawdziwy film 3-D dzięki kamerom kręcącym od razu w tym formacie i różnicę widać od razu.
Gdy Avatar Jake'a Scully'ego zaczyna poznawać kulturę Na'Vi, wciągnąłem się w ten świat bez reszty. Wszystko było dopracowane w najmniejszym szczególe. Na'Vi to praktycznie kosmiczna wariacja różnych indiańskich kultur, lecz nie przeszkadzało mi to – była ciekawa, a jej poznawanie krok po kroku, niesamowite. Fabuła obrazu nie jest jakaś wymyślna, mówiąc bez zdradzania jej kluczowych elementów, jest prosta, uniwersalna, momentami nawet przewidywalna, co można nawet wywnioskować z reklam, lecz tak wciągająca, że zapominamy o świecie przez cały okres seansu. Nie jest to jednak wada filmu, wręcz jego zaleta – w końcu największe historie budowane są na przeszłości, prawda? Historia sprawia, że nie patrzymy na zegarek. Gdy trzeba, śmiejemy się, gdy trzeba, trzymani jesteśmy w napięciu, gdy trzeba, płaczemy... Cameron operuje emocjami widzów, jak nikt inny.
Aktorsko jest dobrze – Sam Worthington wyrasta nam na nową gwiazdę i tutaj również podkreślił swoją klasę. Granie Jake Scully'ego wyszło mu poprawnie, lecz dopiero granie swojego Avatara pokazało coś więcej. Postać odmienna od Jake'a na wózku, lecz posiadające siłę, ukazująca nam takie emocje, że przez cały seans ani razu nie pomyślałem, że jest stworzony przez komputer. Jego interakcja z innymi Na'Vi czy ludźmi była doskonała. Nie było w nim ani grama sztuczności. Stworzył postać, która zapadała w pamięć. Jednak największe brawa należą się Zoe Saldana. Młodziutka czarnoskóra aktorka wcieliła się w postać kobiety Na'Vi, Neytiri. Stworzyła coś pięknego, Neytiri z jednej strony to odważna wojowniczka, gotowa bronić swojego ludu, z drugiej, kobieta, targana sprzecznymi emocjami. Emocje, malujące się na na jej twarzy, były prawdziwe – momentami poruszały. Nie mogę również zapomnieć o płk. Quaritchu, który został zagrany przez Stephena Langa. Postać prostolinijna do bólu – twardy żołnierz, mający ochotę sobie postrzelać do dzikusów. Zagrał go jednak tak świetnie i z dodatkiem takiego humoru, że o tej małej wadze scenariusza zapominało się dość szybko.
Nie zapomnijmy o jednej z istotnych części tego obrazu, czyli muzyce autorstwa Jamesa Hornera, który zdobył swoją pierwszą statuetkę Oscara przy ostatniej współpracy z Cameron przed 12 laty. Jego twór nie jest arcydziełem najwyższych lotów, który na zawsze zapisze się złotymi zgłoskami na kartach historii kina, lecz jest bardzo dobra. Wprowadza nas w klimat Pandory, indiańską kulturę Na'Vi i co najważniejsze oddziałuje na nasze emocje. W jednych scenach ciarki przechodził po plecach, w innych czuło się łzy napływające do oczu. Zdecydowanie w tym aspekcie udało mu się stworzyć partyturę, która idealnie współgra z dziełem Camerona.
Mimo wszystko, nie obyło się bez kilku wad – dosłownie parę scen było trochę niedopracowanych przez co iluzja przeniesienia została w nich zatarta, lecz na szczęście chwilę później wracało to ze zdwojoną siłą, zapierając dech w piersi. Scenariusz też posiada parę zgrzytów – głównie w dialogach, ponieważ sama historia pasuje i broni się sama. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że jest to arcydzieło i zapowiadana rewolucja wizualna w kinie. Idąc do kina, nie idziemy na film, tylko przeżyć coś tak niesamowitego, czego kino nie serwowało nam od 32 lat. W 1977 roku Gwiezdne Wojny zmieniły kino na zawsze i jako fanatyczny fan Sagi nie boję się powiedzieć, że Avatar zrobi to samo, że arcydzieło Jamesa Camerona wciągnęło mnie w ten świat w taki sam sposób jak każda część Gwiezdnych Wojen robi do dziś – bez reszty zapominam o codzienności, przenosząc się na inną planetę, przeżywając jedną z największych przygód życia.
Nowy świat, nowe możliwości...
*** Możliwe spoilery *** Film, na który czekało wielu. Powrót Jamesa Camerona, który od dawna był zapowiadany jako wielkie wydarzenie. Jako przełom, kolejny po jego Titanicu. Film będący w produkcji kilka lat, stworzony niebotycznymi wręcz nakładami (niektórzy mówią, że budżet sięgnął pół miliarda dolarów). Biorąc to wszystko pod uwagę, oczekiwania były ogromne. A jak było?
Mówiąc krótko - było świetnie. Film oglądałem w technologii Digital 3D i chyba właśnie tak należy ten film oglądać. Oczywiście Avatara można zobaczyć również w standardowym 2D, lecz osobiście odradzam tę opcję. Wtedy bowiem film straci wiele swych walorów. Nie posunę się jednak do stwierdzenia, iż będzie nie wart obejrzenia.
Na początek słów kilka o stronie technicznej. Avatar miał być przełomem w kinie trójwymiarowym. Trudno jednoznacznie stwierdzić, czy był to przełom czy nie, ale z czystym sumieniem mogę napisać, że efekty były powalające. I nie chodzi tylko o sam fakt technologii 3D. Chodzi również o planetę Pandorę. Wywarła ona na mnie niesamowite wrażenie. Ciśnie się na usta określenie "baśniowa", jednak to chyba trochę za mało. Pandora przedstawiała sobą połączenia świata normalnego z wizją planety lekko abstrakcyjnej, jednakże pięknej, dzikiej i nieokiełznanej. Wspaniałe pejzaże, zapierające dech w piersiach miejsca, wszystkie dopracowane w najmniejszych szczegółach. Świetnie ukazano również interakcję planety z jej mieszkańcami. Czuło się, że Pandora żyje, że komunikuje się z Na'Vi, i że koegzystują w pewnej symbiozie. Jestem pod wielkim wrażeniem świata ukazanego w Avatarze i choćby dla obejrzenia go ponownie, mógłbym pójść do kina raz jeszcze.
O technologii 3D wypowiadać się jako ekspert nie mogę, ponieważ to po prostu coś, co mogę odebrać wyłącznie jako widz. Mogę jednak napisać, że przynajmniej w kinie, w którym ja oglądałem, efekt był powalający. W niektórych scenach bardziej, a innych trochę mniej, jednak końcowo wyglądało to bardzo realistycznie i czasem naprawdę czułem, że świat Pandory jest na wyciągnięcie ręki.
Inna sprawa to lud Na'Vi. Jeszcze przed premierą mówiono, że będzie to zupełnie nowa jakość w animacji komputerowej. Twierdzono, że Na'Vi będą wyglądać i zachowywać się tak, jakby istnieli naprawdę. I chyba również tutaj jestem w stanie oddać pokłony twórcom. Ktoś, kto przyjdzie do kina z nastawieniem na to, aby wypatrzyć jakieś oznaki komputeryzacji, pewnie je znajdzie. Jednak jeśli widz postanowi się odprężyć i po prostu obejrzeć film w pełnej krasie, to na pewno wyjdzie zadowolony.
Tyle kwestii technicznych. Często powstawało ostatnio pytanie, czy Avatar będzie bez 3D po prostu kolejnym filmem. Jak już mówiłem, z pewnością straci wtedy część swych walorów, lecz osobiście uważam, że nie wszystkie. Mowa tu o fabule. Z pewnością sporo osób zarzuci filmowi to, że nic ta fabuła nie wnosi, i że w konfrontacji z nowościami technologicznymi pozostaje w tyle. Ja jednak ośmielę się nie zgodzić, ponieważ w moim odczuciu fabuła też wniosła pewną świeżość i nową jakość. Zrobiono to, czego od dawna wyczekiwałem. W tym filmie ludzie nie bronią się przed obcymi nacierającymi z kosmosu. W tym filmie rasa ludzka nie jest na straconej pozycji w potyczce z bardziej zaawansowanymi przybyszami z kosmosu. W tym filmie ludzie nie wygrywają w ostatniej sekundzie dzięki jakiemuś bohaterskiemu czynowi "za pięć dwunasta". W tym filmie bowiem wszystko jest na odwrót. To my atakujemy, to my jesteśmy tymi złymi. To my jesteśmy zaawansowani technologicznie i to my atakujemy rasę zżytą z naturą, która odpiera nasze ataki strzelając z łuków. I wszystko ukazane jest naturalnie. Poprowadzone jest tak autentycznie, że pod koniec filmu widz paradoksalnie życzy swej rodzonej rasie jak najgorzej.
Aktorstwo? Również brak zarzutów. Tak aktorzy, których widzimy na ekranie, jak i ci, którzy tylko podkładali głosy zasługują na słowa uznania. Zoe Saldana nawet jako Neytiri przypomina nam samą siebie, Sam Worthington zarówno jako człowiek oraz jako swój avatar jest bardzo naturalny, Sigourney Weaver powracając nieco do tematu "obcych" daje nam się poznać z równie dobrej strony. Warto wspomnieć o dobrych kreacjach Stephena Langa jako płk. Quaritcha oraz Giovanniego Ribisiego, który dość zgrabnie ukazał, że jego postać, choć podejmowała trudne decyzje, nie zawsze robiła to do końca zgodnie z sumieniem.
Kolejny punkt to muzyka. Punkt piekielnie mocny, ponieważ muzyka w filmie jest absolutnie fenomenalna. Wybitnie tworzy nastrój, podkreślając subtelnie i jednocześnie wyraźnie sytuacje przedstawione na ekranie. Jednym słowem, odpowiedzialnemu za muzykę Jamesowi Hornerowi należą się brawa.
Osobiście w ocenach filmu zazwyczaj kieruję się bardzo praktycznymi rzeczami. I tak oto, strona techniczna przemówiła do mnie w całości. Mamy więc plus.
Fabuła? Film trwa 162 minuty, a ani razu nie spojrzałem na zegarek, co zdarza się nie często. Również ani chwili się nie nudziłem. To mówi chyba samo za siebie.
Strona aktorska również była zadowalająca. Może i nie było tam kreacji legendarnych, ale wszystkie były na bardzo dobrym poziomie. Tak ze strony ludzkiej, jak i komputerowej. Muzyka również na wielki, wielki plus.
Niektórzy zarzucą mi, że nie ma tu ani słowa o wadach filmu. Ale jest tego bardzo prosta przyczyna. Na świeżo po seansie po prostu ich nie dostrzegam. Można mówić o nadmiernej komputeryzacji bądź też płytkie fabule i jestem pewien, że niektórzy te punkty podniosą, lecz osobiście po prostu się z nimi nie zgadzam.
Podsumowując więc, Avatar miał być przełomem. Czy nim był? To bardzo trudne pytanie. Pytanie, na które odpowiedź poznamy pewnie za jakiś czas. Potrafię jednak z czystym sumieniem powiedzieć, że nie żałuję ani grosza wydanego na ten film. Film, który zadowolił mnie na wszystkich płaszczyznach. Film, na który z pewnością chciałbym pójść raz jeszcze. Film w końcu, który w moim odczuciu, spełnił pokładane w nim oczekiwania. Czego chcieć więcej?
Czy widzieliście świat fikcyjny, który wydawał się tak realny, że można go było dotknąć? Jeśli nie, to James Cameron w Avatarze właśnie to Wam zapewnił.
Avatar to najnowsza produkcja Jamesa Camerona (Titanic), którą wyreżyserował i napisał do niej scenariusz. Jeszcze zanim film wszedł do kin, było o nim głośno. Zapowiadano, że będzie to obraz, który kino przeniesie do całkiem innego wymiaru dzięki nowatorskiej technice, która powstała specjalnie dla tego filmu. Ogromna machina marketingowa, plotki, tajemnice, budżet sprawiły, że nie sposób było nie słyszeć o tej produkcji. Teraz gdy wszystko zostało ujawnione pozostało nam ocenić, czy cały ten zachód przy tworzeniu filmu był warty.
Jest 2154 rok. Ludzie wzięli co tylko się dało z tego, co miała do zaoferowania Ziemia. W poszukiwaniu surowców trafiają na Pandorę - księżyc planety Polyphemus w układzie Alfa-Centauri, bogatą w złoża Unobtainium, niezwykle rzadkiego i cennego minerału będącego rozwiązaniem na panujący kryzys energetyczny. Od 30 lat pomiędzy ludźmi a zamieszkującą tam rasą Na'vi pogłębia się konflikt. W celach dyplomatycznych i naukowych udało się stworzyć avatary - hybrydy łączące DNA obu ras. Dzięki nim ludzie poprzez przeniesienie świadomości do nowego ciała odwzorowującego Na'vi mogą poruszać się i żyć wśród mieszkańców Pandory. Za cały ten naukowy projekt, jak i dyplomację, odpowiedzialna jest dr Grace Augustine (Sigourney Weaver). Do niej trafia nasz główny bohater Jake Sully (Sam Worthington). Planowo miał to być jego brat bliźniak, naukowiec przeszkolony do wyprawy na Pandorę, niestety zanim to nastąpiło - ginie. Jake to były żołnierz piechoty, człowiek prostolinijny, po przejściach. Dzięki zgodności DNA może kierować avatarem stworzonym dla jego brata. Będąc kaleką poruszającym się na wózku otrzymuje nowe życie. Odkrywa piękno i niebezpieczeństwa Pandory, a dzięki Neytiri (Zoe Saldana) staje się jednym z członków klanu Omaticaya. Niestety nic nie jest za darmo, za wszystko prędzej czy później trzeba zapłacić. Jake będzie musiał dokonać wyboru.
Fabuła filmu na pierwszy rzut oka może wydawać się banalna, bo czy już tego nie było? Mamy konflikt, wątek miłosny, walkę o przetrwanie. Tak schemat jest jak najbardziej pospolity jednak sposób w jaki został rozbudowany już nie do końca. Wszystko jest ze sobą połączone, nawet jeśli mogłoby się wydawać na początku, że tak nie jest. Dlatego Jamesowi Cameronowi należą się ogromne brawa za scenariusz, który podczas oglądania widać, że został dogłębnie przemyślany. Film można podzielić tak jakby na trzy części. Pierwsza to wprowadzenie, gdzie poznajemy naszych bohaterów i dowiadujemy się z grubsza o co w tym wszystkim chodzi. Część drugą pokusiłbym się nawet nazwać przyrodniczą. Wraz z głównym bohaterem poznajemy Pandorę i jej mieszkańców i już teraz mogę stwierdzić, że zapiera dech w piersiach. Trzecia cześć to już czyste kino akcji - walka pomiędzy ludźmi, a Na'vi. Jak dla mnie to w całym filmie mogłoby być więcej akcji, a nie skupienie jej głównie pod koniec. Ale w sumie jakoś to nie ujmuje całej produkcji. Po prostu dajmy się ponieść twórcy, który w jak najlepiej możliwy sposób daje nam Pandorę.
Całym zamysłem Camerona było ukazanie księżyca planety Polyphemus w jak najbardziej realny i rzeczywisty sposób. Nowatorska technika kręcenia, obróbka komputerowa i cały sztab ludzi był za to odpowiedzialny. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że to się udało! Wszystko wygląda na jak najbardziej realne i prawdziwe. Poczynając od ukształtowania terenu, roślinności poprzez zamieszkujące stwory i lud Na'vi. Początkowo ten kolorowy świat wydaje się dziwny, ale chyba tylko dlatego, że wygląda tak prawdziwie, że ciężko przyswoić sobie, że coś takiego może istnieć naprawdę. Realizm bije po oczach na każdym kroku. Ruchy, mimika Na'vi, zachowanie stworów, integracja z otoczeniem stwarza tak rzeczywiste wrażenie, że trudno uwierzyć, że zostało to zrobione komputerowo. Naprawdę chciałbym, aby wszystkie filmy faszerowane efektami specjalnymi wyglądały jak Avatar.
Jeśli dorzucić do tego efekt 3D no to cóż, ciężko to opisać słowami, bo nie chodzi o to, że trzeba to zobaczyć, ale doświadczyć. Po prostu czuć, że cała Pandora tętni życiem. Jednak, jeśli spodziewacie się tutaj efekciarstwa w stylu latających nad Wami przedmiotów to się rozczarujecie. Zresztą sam Cameron powiedział, że nie o to mu chodziło. Efekt 3D w przypadku Avatara sprawia, że Pandora nas otacza, mamy ochotę ją dotknąć, a nie jest tylko płaska przed nami.
Cały klimat filmu dopełnia muzyka skomponowana przez Jamesa Hornera (Apocalypto). Idealnie komponuje się z wydarzeniami, stwarza nastrój we właściwych momentach, nie przytłacza, nie zagłusza i nie odwraca uwagi od tego, co się dzieje na ekranie. W większości jest w etnicznym klimacie, ale jak najbardziej pasuje do świata Pandory.
Na sam koniec - bohaterowie. Przyznam się, że nie za bardzo przepadam za Samem Worthingtonem (Terminator: Ocalenie). Wydaje mi się aktorem bez wyrazu, ale z drugiej strony rola w Avatarze jak najbardziej do niego pasuje. Nie sądzę, aby musiał się zbytnio wcielać w swoją postać, ale trzeba mu przyznać profesjonalizm w byciu kaleką i naturalność w nauce języka Na'vi. I rzeczywiście w filmie dość często zachowuje się jak "skowng". Bardzo miło było zobaczyć znów w akcji Sigourney Weaver (Obcy - Decydujące starcie). Cechy Jamesa Camerona w postaci dr Grace Augustine to raczej widok niecodzienny, aczkolwiek jak najbardziej trafny. Może trudno w to uwierzyć ale największe wrażenie wywarła na mnie Zoe Saldana (Star Trek). Wiem, że sama postać Neytiri została stworzona komputerowo i przyznam się, że czuję się z tym trochę nieswojo. Bo zachowanie, mimika jakby nie było pochodzą od samej Zoe i na filmie wygląda to wszystko genialnie. Sposób w jaki się złości i ten boski okrzyk bojowy nie mają sobie równych. Tylko ile Zoe jest w Neytiri, a ile to komputer?
James Cameron ofiarował nam wspaniały film, udowadniając tym, że fikcję można przedstawić w jak najbardziej realny sposób. Nie da się ukryć, że stworzył obraz jak nikt nigdy dotąd. Choć nie będę ukrywał, że czegoś mogłoby być ciut więcej. Może jeśli powstanie Avatar 2?
-
Gdzie kupić?
-
Wiadomości
-
Scorsese i jego wynalazek
Przeczytaj recenzję filmu "Hugo i jego wynalazek" - bajecznej wariacji z historią w tle.
-
Śnieżka i Książę na plakatach
Prezentujemy dwa nowe plakaty z ekranizacji słynnej baśni braci Grimm "Królewna Śnieżka"
-
Kolejne zdjęcie Riddicka
Vin Diesel udostępnił on-line kolejne, już trzecie, zdjęcie z planu filmu o przygodach Riddicka
-
Wiemy kto zagra w Evil Dead
Znamy nazwisko aktora, który odegra główną rolę męską w remake'u kultowego "Martwego zła"
-
Krótkie spięcie ma scenarzystę!
Prace nad remake'iem słynnego "Krótkiego spięcia" w końcu się rozpoczną. Jest już scenarzysta
- więcej »
-
-
Kino
-
I że cię nie opuszczę
I że cię nie opuszczę - Paige, Leo (Rachel McAdams i Channing Tatum), świeżo poślubione małżeństwo ulega wypadkowi samochodowemu, na wskutek którego żona zapada w śpiączkę. Kobieta budzi się z amnezją, a jej mąż po raz kolejny musi starać się o jej serce...
-
Hugo i jego wynalazek
Hugo i jego wynalazek - Hugo Cabret jest sierotą zamieszkującym paryski dworzec. Pewnego dnia całe jego życie zmieni się za sprawą zepsutego robota, ekscentrycznej dziewczynki i bardzo tajemniczego właściciela sklepu z zabawkami. Dla chłopca będzie to początek magicznej przygody.
-
Odrobina nieba
Odrobina nieba - Marley Corbett (Kate Hudson) niedługo przed tym jak poznaje swoją drugą połowę Juliana Goldsteina (Gael García Bernal) dowiaduje się, że ma raka. Jednak strach przed zakochaniem się jest silniejszy niż śmierć.
-
Big Love
Big Love - Emilia ma 16 lat, gdy poznaje o siedem lat starszego przystojnego Maćka. Chłopak otwiera przed niewinną dziewczyną świat miłości i namiętności. Wkrótce Emilia porzuca rodzinny dom, by zamieszkać z ukochanym. Chłopak imponuje wychowanej bez ojca dziewczynie. Emilia dojrzewa w związku i z wpatrzonej w Maćka dziewczyny przeistacza się w piękną świadomą siebie i ciekawą świata młodą kobietę. Zaczyna śpiewać w zespole, co zawsze było jej największym marzeniem. Pierwsze sukcesy dodają Emilii pewności siebie. Wkrótce wokół niej zaczynają pojawiać się nowi mężczyźni. Maciek nie może pogodzić się z niezależnością Emilii, czuje, że traci nad nią władzę. Namiętne love story przeistacza się w toksyczną miłość, która uzależnia jak narkotyk i nieuchronnie prowadzi do dramatycznego finału…
-
Artysta
Artysta - Opowieść dzieje się pod koniec lat 20. XX wieku, w czasie przełomu dźwiękowego w filmie. Koniec kina niemego był równocześnie końcem karier wielu gwiazd, będących u szczytu popularności. Czy słynny aktor George Valentin podzieli los "wielkich zapomnianych"? Czy płomienne uczucie, która wybuchnie między nim a początkującą tancerką Peppy Miller zainspiruje go do walki o miejsce w świecie "nowego" Hollywood i ocali przed zapomnieniem oddanej kiedyś publiczności?
- więcej »
-
-
-
Avatar (2009) — 69
Oczekiwany z ogromnym zainteresowaniem film Jamesa Camerona. Zrealizowana z niezwykłym rozmachem, (w nowej technice kina trójwymiarowego), opowieść o komandosie, który uwikłany zostaje w wojnę dwóch pozaziemskich...
-
Najlepszy film 3D
Nie podobają mi się filmy fabularne kręcone w technice 3D, ani co gorsza przeróbki starych filmów na 3D, tak jak w przypadku np króla lwa. Pewnie kilkadziesiąt lat temu ludzie w podobnym stylu wypo...
0 odpowiedzi
-
badziew jak ja pierd...
kto ten szajs ogląda.
4 odpowiedzi
-
Jak dla mnie bomba!
Film moze troche długi ale ogulnie cos innego ,,, kazdy po ogladnieciu powie ..tego jeszcze nie widzialem ... widac ze krecony kilka lat .. dla mnie 10/10 za pomysl.. szacunek !
1 odpowiedź



amazonka.pl