140x200 Update

Recenzje

Nostalgiczny portret planety

2009-08-27 | Matejsoner11 | 8/10 | 1 z 4 osoby uważa tę recenzję za użyteczną

WALL·E to film naprawdę urzekający swoją formą. Mały, pordzewiały robocik, sprzątający naszą Ziemię. Poprawka, już nie naszą, ponieważ zaśmieciliśmy ją do tego stopnia, że odlecieliśmy szukać swojego miejsca na innej planecie. A Wall-E sprząta po nas już dobre 700 lat, jest przy tym wytrwały i cierpliwy. Jego jedyne przyjemności to oglądanie wciąż tego samego musicalu, na starym zapisie, oraz kolekcjonowanie różnych, błahych przedmiotów, takich jak kostka Rubika. Ale pewnego dnia życie robota zmieni się diametralnie. Na Ziemię przyleci, posiadająca bardzo opływowe kształty, sonda badawcza, Ewa. Wall-E zakocha się w niej. Jeśli współczesna sztuka ma do zaoferowania coś na miarę fresku w Kaplicy Sykstyńskiej, to są to efekty cyfrowe - powiedział kiedyś znany i podziwiany człowiek od tych właśnie efektów, Lev Manovich. Kiedy obejrzałem tę animację Pixara, która w prawie w całości składa się z takich efektów, teza ta zyskuje na wartości. Wspaniała komputerowa scenografia, genialne efekty wizualne, wszystko to składa się na wspaniałe widowisko, które na długo zapada w pamięć. I możemy do niego wciąż wracać i wracać.

Mamy w tej animacji naprawdę wszystkie wątki: humor, romans, akcja, i jak już wspominałem, genialną scenografię. Sukces więc ta produkcja miała zapewniony na długo przed wypuszczeniem premierą. Rodzice tłumnie walili do kin ze swoimi pociechami, jednak podaję w wątpliwość to, że WALL·E to film dla dzieci. Nasze pociechy mogą nie rozumieć niektórych wątków, a jedyną dla nich rozrywką jest relacja WALL·E-Ewa. Dorośli zaś mogą nacieszyć oko wspaniałymi efektami cyfrowymi i widokiem zaśmieconej Ziemi. Może wtedy pomyślą sobie, że jednak warto czasami posegregować śmieci. I nie wyrzucać ich na ulicę. Film jest niemal pozbawiony dialogów, co jednak wychodzi mu tylko na dobre. Wytwórnia wpakowała grube miliony w więcej niż odważny projekt. No bo czyż w filmach animowanych ostatnich kilku lat najważniejszej roli nie grały właśnie dialogi? A tutaj tłumacze nie mieli za dużo roboty. Nawet tytuł pozostał bez zmian. Mogli to nasi geniusze przecież przetłumaczyć jako "Ściana-E". Niezłe, co? Jednak WALL·, oprócz scenariusza i efektów, musi mieć coś jeszcze. Ale w pewnym momencie zmienia się cała akcja - kiedy dzielny, zakochany robocik wyrusza w kosmos razem ze swoją miłością. To trochę nieudany zabieg twórców, którzy zepsuli nostalgiczną atmosferę osamotnienia i odizolowania. Widzowie dostają awanturniczą rzeczywistość z wielką, kosmiczną przygodą w tle. Szkoda, że twórcom nie udało się utrzymać genialnej atmosfery aż do końca filmu, bo wtedy byłby on prawdziwym arcydziełem. Niemniej jednak polecam.

Czy ta recenzja była dla ciebie użyteczna? Tak Nie

Wielki film, wielka animacja!

2009-07-02 | Garret_Reza_fdb | 8/10 | 3 z 8 osób uważa tę recenzję za użyteczną

Mam taki dziwny zwyczaj, że rzadko sprawdzam "o co w filmie chodzi", zanim go w kinie obejrzę. Jedyne, czego potrzebuję, to polecenie mi go od pewnej osoby i już palę gumę w kierunku Kinoteki. Takie polecenie nastąpiło. Były wątpliwości? Żadnych, w końcu to produkt made in Pixar. I takim właśnie sposobem wylądowałem i zapuściłem korzenie na ponad półtorej godziny w kinowym fotelu. Po kilku minutach i 100.000 reklam później, zaczął się seans. Wyobraźcie sobie moją reakcję na te pierwsze minuty: miasto jak miasto, ale coś mi tu nie pasuje... Aha, to miasto nie jest z cegły! To są... śmieci?

A jednak! W niedalekiej przyszłości ludzie zaśmiecą Ziemię do tego stopnia, że wszyscy będą musieli się wynieść w kosmos i tam zamieszkać. Mieli tam być tylko 5 lat, ale "problemy techniczne", których zdradzać nie będę, sprawiły, iż te ludziki zostały tam sobie... 700 lat. I wtedy zaczyna się film. Ma on początek na Ziemi, jest tam tylko malutki robot (tytułowy WALL·E), jego insektowaty przyjaciel oraz sterta śmieci, których upchnąć nie przyszło nawet i przez te siedem wieków. Mały Wall-E zgniata je w kosteczkę i z takich "cegieł" buduje kolejne budynki. Są chętni lokatorzy? Jednak mały nie zajmuje się tylko sprzątaniem. Zawsze ma przy sobie mały plecak, do którego wkłada co ciekawsze znaleziska: zapalniczki, kołatki, żarówki. Jest nawet kostka Rubika i śpiewająca maskotka. Jednak pewnego dnia znajduje... roślinkę. Na oko wyglądała jak sadzonka grochu. Mały nie bardzo wiedząc, co z nią zrobić, postanawia ją przechować w swoim lokalu. Równolegle do tego wydarzenia przebiega kolejne: jakieś wielkie coś wylądowało i wypluło z siebie... małe coś. A potem to duże wróciło skąd przybyło, zostawiając swoje małe. To małe okazuje się nowszą wersją naszego robota (takie T-1000). Przy próbie bliższego kontaktu wywołuje efekt podobny do bomby atomowej, znaczy się - jest niebezpieczne. Ale czy na pewno? To "coś" ma na imię Ewa. Jest, tak jak Wall-E, robotem, ale wysłanym na Ziemię w celu znalezienia oznak, że życie jest tu już możliwe. Taką oznaką okazuje się roślinka znaleziona przez małego robota...

Dobra, pora kończyć, bo mi miejsca nie starczy na treść właściwą. A takiej treści jest w najnowszym dziele Pixara od groma. Czegoż tu nie ma: love story, satyra, dramat, sf. Do tego różnorakie nawiązania do filmów typu 2001: Odyseja kosmiczna (jest nawet niezapomniany motyw muzyczny!). Ale po kolei.

Wizja przyszłości, jaką zakładają twórcy, jest mocno przejaskrawiona (oby): rola ludzi w przyszłości została zredukowana właściwie do... bycia. Każdy osobnik ma swój fotel, na którym się porusza, śpi, je, pije. Do rozmowy z drugim osobnikiem służy mu hologramowy panel wyświetlający się na wysokości oczu – nie trzeba więc ani specjalnie ustawiać fotela, ani nawet przekręcać głowy. Chcesz coś wypić? Oj, tutaj musisz się wykazać: wyciągasz rękę (proszę się nie śmiać, na oko to będzie z 50 kg żywego tłuszczu!) i trzymając w ręce przyniesiony napój (opcjonalnie: cola albo cola) pijesz z niego. Żadnej rurki wychodzącej z fotela albo innego bajeru, czysty wysiłek! Jedzenie to oczywiście fast food, jakże by inaczej. W końcu maszyny chcą dla ludzi jak najlepiej, a co wszyscy uwielbiają, jak nie fast food (stąd ten tłuszcz). Satyra sięga oczywiście dalej: gdy jednemu z tych osobników wyłączy się panel przed twarzą, ze zdziwieniem odkryje, że za oknem są gwiazdy. A obok jezioro. Eureka... A gdy kapitan statku odkryje, że można już wracać, z ciekawością zgłębi encyklopedię. Zacznie od pojęć: ziemia, rolnictwo, taniec. Wprawdzie nie wszystko zrozumie: do końca będzie przeświadczony, że z ziarenek wyrośnie mu... pizza. Chociaż to XXVIII wiek, kto ich tam wie...

Kilka miesięcy temu zachwycałem się, że w irlandzkim Once pokazano miłość bez stosunków płciowych, bez których jakoś kino z USA nie potrafiło się obyć. Tu postawiono chyba ostatni krok w rozwoju kina miłosnego: dialogi między nim (WALL·E) a nią (Ewą) zredukowano do... gestów. Wprawdzie bohater potrafi powiedzieć swoje imię (z trudem i mechanicznym "brzęczeniem"), a bohaterka dodaje do tego swoje 3 słowa (no cóż, w końcu to kobieta - wygadana musi być), ale i tak 99% ich relacji to gesty. Mają palce (ważne!), oczy, mogą wydobywać z siebie piski o różnych tonacjach, więc jakoś idzie. Ona dla niego wystrzeli się w kosmos, on dla niej ulegnie totalnej destrukcji - a wszystko to dla... Przytulenia się, potrzymania za rękę... Ech...

Staram się utrzymać ten tekst w lekkiej formie, ale niech was to nie zdziwi! Cała ta opowieść jest, gorzka jeszcze nie, ale smutna jakaś. Gdy w pewnym momencie zajrzy się w te smutne oczęta WALL·E'ego łezka może sama popłynąć.

Sprawy techniczne: jako że to animacja, muszę omówić poziom grafiki. I wcale nie przesadzę twierdząc, że graficy Pixara są zaledwie jeden malutki kroczek od uzyskania fotorelizmu! Modele ludzi wciąż nie są ich mocną stroną (tutaj na dodatek mocno nadymionych), ale jeśli znajdzie się ktoś, kogo sam początek nie urzeknie swoim surowym perfekcjonizmem, ujęciami tego malutkiego robota pomiędzy stertami śmieci wielkimi jak góry, to się piszę na sprzątanie tego bałaganu, jeśli wizje twórców się spełnią (ha, poznam WALL·E'ego!).

Słabe strony? Mnie lekko zniesmaczył pomysł na wykorzystanie motywu z 2001: Odyseja kosmiczna. Doprawdy, samo wykorzystanie podobizny HAL-a wystarczyło, panowie geniusze z Pixara. Tak czy inaczej: wreszcie ci goście stworzyli coś na naprawdę wysokim poziomie, co jednocześnie zasłużenie wymiata całą konkurencję. Ostatnia taka szansa była w 2001 roku, kiedy to powstały Potwory i spółka, których z niejasnych dla mnie powodów zdmuchnął Shrek. Na dodatek jestem spokojny o "WALL·E 2". Bo wiem, że takowa nie powstanie - w końcu Pixar nie rozmienia się na drobne. I nie szarga dobrego imienia swych produkcji, które zawsze stoją na wysokim poziomie. W tym wypadku - na najwyższym.

Czy ta recenzja była dla ciebie użyteczna? Tak Nie

Rozczarowujące przygody sympatycznego robota

2008-08-11 | Adam_Siennica | 5/10 | 4 z 19 osób uważa tę recenzję za użyteczną

Pixar, jak co roku, miał królować wśród animacji. Zapowiedzi zachęcały sympatycznym WALL·Em i piękną animacją. Twórcy zdecydowali się eksperymentować, robiąc z tego historię miłosną dla wszystkich, lecz moim zdaniem z rozczarowującym efektem.

Patrząc na postać robota, mamy wrażenie, że gdzieś go widzieliśmy. Jest to zlepek znanych postaci. Z wyglądu WALL·E przypomina bohatera filmu Krótkie spięcie z duszy to połączenie R2D2 z ET, ale niestety zabieg ten się nie udał. WALL·E wzbudza sympatię widza, ale nie potrafi na dłużej przykuć jego wzroku. Na początku współczujemy mu, lecz z czasem, zaczynamy marzyć, aby seans dobiegł końca. Fabularnie wieje nudą i wtórnością, a sam romans z robotem o imieniu Ewa został pokazany słabo. Brakowało jednej z najważniejszych rzeczy, jaką powinien mieć film animowany - humoru. Jest go tu jak na lekarstwo. W przekroju całego seansu bardziej bawiła krótkometrażowa animacja przed projekcją o czarodzieju Presto, niż cały obraz Pixara. Dobrym podsumowaniem nudy jest to, że dzieci w kinie albo spały, albo chciały iść do domu. Z założenia dzisiejsze bajki mają być dla wszystkich, więc jak w takim aspekcie to szwankuje, coś zdecydowanie jest nie tak.

Na plus można zaliczyć pracę grafików. Animacja od początku do końca budzi podziw. Posunęli się krok na przód, tworząc złudzenie rzeczywistości, zwłaszcza w scenach na Ziemi. Szczegóły i ładne ukazanie wydarzeń były z całą pewnością miłe dla oka. Wielką zaletą jest praca Bena Burtta, laureata Oscarów, odpowiadającego za dźwięk i głosy bohaterów. Tutaj nic nie można zarzucić, spisał się wyśmienicie.

Muzyka Thomasa Newmana osobiście mnie rozczarowała, porównując do zeszłorocznego dzieła Michaela Giacchino w Ratatuj, wypada mizernie. Na filmie nie przeszkadza, ale dla widza równie dobrze mogłoby jej nie być, ponieważ nie pozostawia żadnego wrażenia.

Podsumowując, Pixar miał królować, ale mnie rozczarował. Bajka jest nudna, płytka, nieśmieszna chociaż zapakowana w ładną dla oka oprawę. Do jednorazowego obejrzenia z całą pewnością się nadaje, lecz wolę już po raz kolejny wrócić do świetnego Ratatuj, który bawi, uczy i zachęca do powrotu, niż męczyć się przy WALL·E. Ludzie po seansie wyszli z mieszanymi nastrojami, niektórzy zadowoleni, inni z poczuciem zmarnowanych pieniędzy. Ja wyszedłem z wielkim rozczarowaniem, które szybko przeszło, nie pozostawiając miłego wspomnienia. Poprzednie hity studia czegoś takiego nie powodowały. Oby przemyśleli następną produkcję, bo konkurencja nie śpi. W tym roku zdecydowanie wygrywa Dreamworks ze swoją Pandą.

Czy ta recenzja była dla ciebie użyteczna? Tak Nie

Gdy szliśmy na film, Mój Mały Krytyk (lat 3,5) nie mógł się doczekać, reagował na każdą reklamę na billboardzie i mówił, że idzie na ten film o „Wall-E’m i jego dziuni” (gdzieś usłyszał). Po filmie nic nie mówił – to zły znak. MMK mówi dużo i na temat.

2008-08-10 | Agnieszka_Mucha | 6/10 | 9 z 23 osoby uważa tę recenzję za użyteczną

Mój Mały Krytyk wybrał się ze mną na film WALL·E. Oryginalny wyczyn Pixara, który udał się połowicznie. Był oryginalny, był inny, ale czy to porywa i kogo? MMK się zanudził. A przecież to bajka, w domyśle dla dzieci. Oczywiście wszystkie bajki ostatnimi czasy celują równie celnie w dorosłych, ale WALL·E z dorosłych trafił głównie w kobiety – zwłaszcza te romantyczne, omijając jakoś młodszą widownię.

Powodem tego jest właśnie ten eksperyment. Pixar chciał zrobić bajkę inną niż poprzednie. Chciał ominąć dialogi i wzruszyć obrazem. W wyniku czego widzimy love-story sprzątającego, acz sympatycznego, fakt, robocika do sondy o imieniu Ewa. Pewne symbole tego obrazu mogą być dla dzieci niezrozumiałe. Zapewne, można przyznać, jak wiele dialogów z filmów gdzie dialogi występują. Jednak momentami brakuje nawet akcji. I tych wybuchów śmiechu. Aczkolwiek należy się ukłon grafikom za bardzo realistycznie przedstawiony świat, jednak tylko ziemski. Gdy wyruszamy w przestrzeń kosmiczną jakość realizmu spada do kreskówki. Moim okiem widać kontrast.

Kiedy przypomnę sobie MMK, gdy mając 2,5 roku i wyszedłszy z Filmu o pszczołach opowiedział mi cały proces produkcji miodu, potem przez miesiąc byłam Adamem Pszczołą a on Barrym Pszczołą i konspiracyjnie pytał mnie czy nasza sąsiadka jest Zapylaczem. I gdy przypomnę sobie, jak wyprowadził mnie z równowagi i podnosząc na niego głos usłyszałam: ”Mamo, musisz sobie zapisać tą złość na kartce i wyrzucić” (bo tak sobie pszczoły radzą z agresją). Więc gdy sobie to przypomnę i pomyślę, że po WALL·E pozostał mu we wspomnieniach tylko maszynowy głos robocika, który pięknie naśladuje „wuuuooootididiwuuuoooli” (plus zatem dla odpowiedzialnego za dźwięk laureata Oskarów - Bena Burtta) i pytanie: "Co to jest ta Ewa?", to jakoś tak… pusto emocjonalnie.

Zatem dedukuję, że słodziutki WALL·E może rozkochać w sobie kobiety i owszem, jest słodki i chce się go przytulić, koleżanki wspominały, że miały łezkę w oku. Jednak MMK z romansów bardziej ceni sobie klasykę kina dla dzieci - Zakochanego Kundla z 1955 roku, przy którym może wysiedzieć całe 1,5 godz. i odgrywać potem scenki rodzajowe. Jakoś po WALL·E nie stałam się Ewą, a on robocikiem i nie lataliśmy w kosmosie. Ku mojemu rozczarowaniu, nie zaczął również sprzątać swojego pokoju.

Miał być to film z polotem, inny, lepszy, ciekawy, oryginalny. A wyszło zupełnie nie „pixarowsko” – naiwnie, nudnawo i nawet gdy pod koniec filmu zaczyna się jakaś akcja, nie porywa. Być może dlatego, że po godzinie dzieci są już zmęczone i chcą do domu i jakoś jej nie zauważają.

O WALL·Em szybko zapomnieliśmy. Wyniesiona z kina figurka Ewy do niczego nie służy, leży gdzieś odłogiem, a my czekamy z niecierpliwością na Auta 2. Nasz ulubiony film Pixara i mocno trzymamy kciuki, by się udało!

Czy ta recenzja była dla ciebie użyteczna? Tak Nie
  • WALL·E (2008)

    WALL·E (2008) — 13

    Ziemia została tak bardzo zanieczyszczona, że ludzkość postanawia z niej uciec i zamieszkać na wielkim statku w kosmosie. Na planecie zostawiają jedynie przyjaznego robota zwanego Wall-E, którego zadaniem jest...

  • 21x30

    Papa28

    2010-04-04

    0 odpowiedzi

  • Avatar-icon

    Karina85

    2009-09-09

    Cudna bajka:)

    Wally jest przecudny,przezabawny i przekochany,polecam wszystkim niezaleznie od wieku!Najbardziej podoba mi się scena jak Ewa wciąga roslinkę i się wyłancza a on się nią opiekuje jest to zabawne i ...

    0 odpowiedzi

  • 21x30

    Edith

    2009-07-20

    9/10

    Świetna animacja. Sympatyczny główny bohater, filmik śmieszny a do tego z morałem - jeśli wszyscy będziemy bezwzględnie niszczyć Ziemię i myśleć tylko o własnych przyjemnościach wkrótce czeka nas [...

    0 odpowiedzi

  • 21x30

    majak01

    2008-10-16

    8/10

    Bardzo fajna bajka, którą ogląda się z zainteresowaniem. Jej główną zaletą jest to, że nie próbuje być na siłę śmieszna- humor jest stonowany, chodzi tu bowiem najbardziej o prawdy moralne i dość w...

    0 odpowiedzi

  • 21x30

    Czechu

    2008-10-03

    Super bajka

    świetna grafika, bardzo dobry humor. Bajka która ma w sobie morał. 9/10

    0 odpowiedzi