140x200 Update

Recenzje

Miłość jest najważniejsza, czyli… burzliwe życie Francuskiej Róży

2009-08-19 | Jana | 9/10 | 5 z 7 osób uważa tę recenzję za użyteczną

Dramatyczna i burzliwa biografia Edith Piaff mogłaby z pewnością być materiałem na niejeden film. Olivier Dahan zrealizował swój obraz według własnego scenariusza, którego podstawą stał się życiorys Francuskiej Róży. Gdyby chcieć pomieścić wszystkie fakty z życia artystki, film musiałby trwać znacznie dłużej. To oczywiste. Zatem konieczna jest pewna selekcja, subiektywny wybór reżysera. Dlaczego taki? Myślę, że to, co stworzył Olivier Dahan z życiorysu Piaff to wybór doskonały. Ktoś pewnie mógłby zarzucić, że coś zostało pominięte, coś dołożone… Pewnie tak, ale w niczym to nie „zaciemnia” czy nie zniekształca znakomitego obrazu. Fikcja nawet w filmach biograficznych jest niezbędna. Czy lepiej poznalibyśmy i zrozumieli artystyczną duszę, jeśli Dahan dołożyłby jeszcze kilku mężczyzn, którzy rzeczywiście „zaistnieli” w życiu artystki? „Pozostawienie” w filmowej biografii dwóch postaci jest tyleż celowe, co najważniejsze… dla niej przede wszystkim. Trudno mi orzec, czy wywiad jaki z Piaff na plaży przeprowadza młoda dziennikarka miał miejsce naprawdę. Ale z pewnością odpowiedzi mogły być właśnie takie. Na kolejne pytania, co jest najważniejsze w życiu dziecka, dziewczyny, kobiety. Trzykrotnie pada odpowiedź: miłość. Miłość, której nie zaznała jako dziecko i której pragnęła i szukała całe życie…

Ale zacznijmy od początku czyli od tytułu. Tłumaczenie na język innego kraju często z oryginałem nie ma nic wspólnego. To twórczość radosna, no właśnie czyja? Nie zamierzam tego dociekać. Z przekładem zwykle bywa tak, że albo jest wierny albo jest piękny. Rzadko zdarza się, aby obydwie te cechy szły w parze. Jeśli mogę wybierać, to wolę, żeby był piękny… Mimo że czasami radosna twórczość w translatorstwie jest irytująca, tutaj – starzał w dziesiątkę. Ten, kto kiedykolwiek zetknął się z piosenkami Piaff, przyzna rację.

Przejdźmy do fabuły. Spokojnie, nie zamierzam jej streszczać! Mógłby pojawić się zarzut, że zdarzenia przedstawione niechronologicznie, a reżyser „skacze” bez ładu i składu między faktami. Moim zdaniem to działanie celowe i nie ma nic wspólnego z chaosem czy przypadkowością. Kiedy bardziej wnikliwie przyjrzeć się obrazowi, dostrzec można, że retrospekcja jest wykorzystana wspaniale. Kto powiedział, że musi być „po kolei”? A poza tym taki achronologiczny tok wydarzeń zmusza do uwagi i… myślenia. Z tych wszystkich kawałków i strzępków, faktów i fikcji plecie Dahan misterną siatkę, „siatkę” biografii artystycznej…

A teraz słów kilka o bohaterce. Piaff Dahana jest wiernym odzwierciedleniem oryginału. To zasługa doskonałej charakteryzacji, stroju i wyśmienitego aktorstwa Marion Cotillard. Jeśli ktoś nigdy nie miał okazji widzieć Edith Piaff, zapewniam, że jest to portret doskonały. Zarówno ten wizualny jak i osobowości. Nie dziwi mnie wcale, że za tę właśnie kreację aktorka dostała Oskara. Zasłużyła sobie tym genialnym wcieleniem. Piaff w jej wykonaniu bywa rozhisteryzowana, cierpiąca, kochająca, ale przede wszystkim niepowtarzalna. Wielka artystka, która swoim głosem urzekała miliony. Artystka, która swą karierę zaczynała od ulicznego śpiewania, występów w knajpach i kabaretach, aż po sławetną Olimpię oraz największe sceny całej Europy i Ameryki.

Można by o filmie napisać jeszcze wiele. Poprzestanę na dwóch scenach, które zrobiły na mnie szczególne wrażenie. Pierwszy poważny występ, kiedy przerażona Edith chowa się w toalecie, a menager usiłuje ją przekonać, aby wyszła na scenę… Światła jupiterów pierwsze dźwięki… i zaskoczenie. Widzimy jak bohaterka śpiewa, ale muzyka to nie piosenka. Łagodna melancholijna melodia z towarzyszeniem fortepianu, a kamera śledzi zmieniającą się twarz, na której maluje się pasja… Trema mija… Kolejne kadry to obraz publiczności. Kamera ślizga się po zaciekawionych i skupionych twarzach. A potem już rozentuzjazmowany tłum i owacje na stojąco… Inna scena, bardziej przejmująca, kiedy Edith dowiaduje się o katastrofie… Rozpacz… Bezbrzeżna rozpacz wyśpiewana w piosence…

Film niczym klamrą spięty został dwiema piosenkami (oryginalna ścieżka dźwiękowa). Na końcu pojawia się ta tytułowa (dodajmy tytułu polskiego): Niczego nie żałuję Szczęśliwy ten, kto może powiedzieć „niczego nie żałuję!”.

Czy ta recenzja była dla ciebie użyteczna? Tak Nie