Jakie to szczęście móc oglądać ten film na ekranie cyfrowym w Multikinie. Szczęście
niepomierne, bo gdyby jakiś pechowiec nie miał okazji widzieć tej komputerowej bajeczki na dużym wyraźnym projektorze, ten straciłby zapewne 90% ogólnej radości (u Beowulfa 70%).
Stety-niestety dostałem, co najwyżej rozszerzoną wersję trailera. Z paroma widowiskowymi scenami i całkiem fajną dynamiką akcji. Nie wiem czy naprawdę oczekiwałem czegoś więcej. Nie można się czepiać grafiki, bo jest naprawdę czasami ujmująca. To wiem. Nie można się czepiać języka angielskiego, jakim władają bohaterowie, bo i nasz „Faraon” Kawalerowicza czysty lingwistycznie nie był. To też wiem. Ale jednak ciężko mi przetrawić tą marketingową błahość tytułu, który – nawet przy mojej baaardzo skromnej wiedzy na temat dziejów ludzkości – wydaje się jakimś nieporozumieniem, żartem może, nie wiem? 10 000 przed naszą erą, to chyba nie najbardziej błyskotliwy okres rozwoju człowieka… a już na pewno nie okres władania mieczem, okiełznania mamutów (na pustyni hehehe) czy wznoszenia piramid… yhmm… właśnie, ciekawe jakich, egipskich? ;)
Film więc traktuje trochę w cudzysłowie i zaliczyłbym do kategorii „historican-fiction”, o ile coś takiego w ogóle istnieje.
Jeśli umówicie się z samym sobą na pewną konwencję i nie będzie wam przeszkadzało, że bohaterowie zachowują się jednak paradoksalnie bardzo współcześnie, a zwierzęta (szablozębne) jak ululane tygryski w zoo – to okay, ten film ŻRE, choć czasami kwasem!
Liczyłem na maczugi i więcej przyziemnych instynktów, dostałem prawie antyczny epos, a więc 6/10.
nie rozmawiam z barbarzyńcami o etyce...
